Czy ja przesadzam?
„Kochanie, i tak się nabrudzi…” „Po co to chować, zaraz i tak będziemy używać!” „Nie ma co sprzątać kuchni, skoro i tak zaraz będziemy gotować…” „Sama robisz wszystko najlepiej, po co Ci pomoc?”
Brzmi znajomo? To tylko kilka zdań, jakie na co dzień padają w rozmowach z naszymi partnerami. Jak funkcjonować w parze, w której mamy zupełnie inny stosunek do porządkowania? To pytanie na pewno nasuwa się lub nasuwało wielu z nas.
Oczywiście nie zaskoczę Was w tej kwestii, bo należałoby zacząć od rozmowy.
Przedstawienie swojego punktu widzenia, a przede wszystkim wyjaśnienie, jak się z bałaganem czujemy i jaki wpływ ma on na nasze życie, może wywołać głębsze przemyślenia u naszego partnera. Dlaczego? Ponieważ odnosimy się do sfery naszych uczuć – a na nich przecież mu zależy!
Historia, która zmieniła wszystko

Opowiem Wam historię jednej z moich realizacji, która pokazała mi, że stawianie oporu nie zawsze ma logiczne uzasadnienie.
Moja potencjalna klientka, gdy ujrzała efekty wizualne jakie niesie za sobą moja praca, od razu zapragnęła skorzystać z moich usług. Jako kobieta zabiegana, prowadząca własny biznes, a jednocześnie dbająca o domowe ognisko, pomyślała o wszystkich korzyściach: „nie muszę przewalać gratów, tracić czasu, szukać rozwiązań organizacyjnych, a co gorsza ich dopasowywać – a będę miała mieszkanie rodem z Instagrama!”. Krótko mówiąc, „same plusy, zero minusów”. Jak cudownie, że powstał taki zawód!
Jednak mieszkanie dzieli ze swoim mężem, więc uznała, że decyzję o skorzystaniu z moich usług warto skonsultować. W końcu w domu są ich wspólne rzeczy. Brzmi uczciwie, prawda?
Ku jej zaskoczeniu spotkała się jednak ze znacznym wygaszeniem entuzjazmu. Mąż obawiał się, krótko mówiąc, „obcej baby, która będzie mu grzebać w gaciach”. Poza tym stwierdził: „Po co zatrudniać kogoś? Przecież Ty sama zaprowadzisz taki porządek” i „Kochanie, jesteś taka zdolna, że odwzorujesz instagramowy efekt. Przecież tyle siedzisz na tych wszystkich stronach i zawsze doskonale dawałaś sobie radę!”.
Niby miło, ale coś jednak nie grało. Niby komplementy, ale klientka poczuła, że jest to wywieranie presji – skoro jej przeszkadza, to powinna sama coś z tym zrobić. Problem w tym, że obydwoje tracili mnóstwo czasu na wertowanie dokumentów, szukanie ubrań czy narzekanie na zmarnowaną żywność. W efekcie ucierpiała ich relacja bo nie chciało im się zaskakiwać ciekawymi stylizacjami, czy wspólnym gotowaniem domowych posiłków. Ich dom zamiast oazę spokoju przypominał plac walki z codziennością.
Punkt zwrotny
Na szczęście klientka była zdeterminowana i mimo wszystko zaprosiła mnie na organizację mieszkania. Uzgodniłyśmy, że rzeczy męża pominiemy, a strefy wspólne zostawimy na koniec.
Już po drugim dniu, kiedy organizery i etykiety zaczęły zajmować swoje miejsca, mąż oniemiał. Dotarło do niego, jak ogromny wpływ te zmiany miały na jego żonę, a co się okazało, także na niego.
Moja klientka z radością zapraszała koleżanki na kawę, pokazując im swoją „nową- starą” kuchnię. Już nie czuła się zawstydzona przed odwiedzinami gości (pragnę zaznaczyć, że bałagan w szafkach to nie powód do wstydu, ale z doświadczenia wiem, że potrafi być skuteczną przeszkodą w spontanicznym zaproszeniu znajomych do domu) , a mąż zauważył, że wspólne konto bankowe przestało cierpieć na skutek przypadkowych wydatków. Odkrył też, że ma w domu wszystko, czego potrzebuje, i w końcu zaczął odpoczywać.
Finalnie organizacja zakończyła się przywróceniem użyteczności wszystkich pomieszczeń. Mąż przyznał, że poczucie spokoju, oszczędności czasu i celebracji zwykłych chwil, takich jak poranna kawa czy wspólne gotowanie, było bezcenne. Teraz ich wspólnym zadaniem jest utrzymanie porządku – i z tego, co wiem, radzą sobie świetnie.
Dlaczego warto się wysłuchać?
To, że nam coś „nie przeszkadza”, nie oznacza, że faktycznie tak jest. Może po prostu przywykliśmy do obecnego stanu rzeczy. Nawet jeśli jesteśmy o tym święcie przekonani, a nasza druga połowa zgłasza, że męczy się w domu, czuje się przytłoczona bałaganem czy nadmiarem obowiązków, nie ignorujmy tego!
Nie umniejszajmy odczuć drugiej osoby dlatego, że wydaje nam się, że „nie ma się czego czepiać”. Dla niej może to być kluczowe na drodze do lepszej produktywności, radości z codzienności, a nawet poprawy zdrowia psychicznego.
Dom to nasz azyl, miejsce odpoczynku i regeneracji. Zadbajmy o niego, by nie był kolejnym źródłem frustracji. Wypracowując swoje własne „akurat” z pewnością staniemy się bardziej wydajni, chętni do zaparzenia wspólnej herbaty i długiej rozmowy zamiast spędzenia go nad debatą, kto dziś zawalił, czyja to wina i kogo to obchodzi bardziej.

Jak wypracować kompromis?
Słuchajmy się wzajemnie a odkryjemy, że wraz z rutyną życia nie musimy jej podbijać dodatkowo o monotonne tematy dotyczące porządkowania i kłótni z tym związanych. Oczywiście zawsze w parze znajdzie się osoba, która bardziej naciska na kwestę porządkowania i ta dla której nie jest to aż tak ważne ( i zazwyczaj te osoby są razem :P). I właśnie dlatego należy wypracować wspólny plan działania, który sprawdzi się w Waszym przypadku i niekoniecznie musi się wiązać z przerzucaniem się na minimalizm i wchodzeniem w skrajności. Ale dojściem do kompromisu w którym obydwie strony czują się dobrze.

W kompromisie może pomóc:
-
wspólne przejrzenie rzeczy i wzajemna pomoc w decyzjach, czego się pozbyć,
-
wydzielenie przestrzeni wspólnych i tych tylko dla siebie (gdzie może znaleźć się miejsce na mały pierdolniczek!),
-
ustalenie, jakich czynności domowych nie lubimy, a jakie sprawiają nam mniej problemu – może okaże się, że się dopełniacie!,
-
określenie częstotliwości wykonywania obowiązków, by nie zajmowały całego popołudnia czy weekendu.
Nie odbierajmy sobie radości z czasu spędzonego na hobby, wspólnych randkach, czy rowerze z dziećmi. Szkoda życia na kłótnie o bałagan!
Jeśli czujecie, że potrzebujecie pomocy – zawsze możecie zadzwonić po profesjonalną organizatorkę przestrzeni:).
Porządek w domu to porządek w głowie. Z całego serca życzę Wam, byście zminimalizowali kłótnie o porządki! Wsłuchajcie się w swoje potrzeby, spiszcie je, a następnie wypracujcie kompromis. Zobaczycie, jak wiele problemów zniknie i jak dużo energii zostanie na inne, znacznie przyjemniejsze rzeczy. Na co dzień naprawdę nie brakuje nam zmartwień! Nie dokładajmy sobie nowych.
Ściskam, pucybucka 🙂